Jak to jest, że ludzie są w stanie wydać 5 stów na wyścig fitness, który wygląda jak WF dla dorosłych, po którym dostają Red Bulla, banana i rzep na plecak? Albo 3 stówki za możliwość pobiegania w maratonie po mieście, jakby nie mogli pójść biegać do lasu i jeszcze powodują korki i nie można nigdzie dojechać!
Na pewno kojarzysz te argumenty pod artykułami o Hyroxach, maratonach, triathlonach i podobnych imprezach. Powodów, dla których ludzie to robią, jest mnóstwo — ale ja podpowiem Ci dzisiaj, z jakimi skutkami ubocznymi możesz liczyć się, jeśli zaliczysz którąś z tych imprez.
Trudne czasy tworzą silnych ludzi.
Kojarzysz ten cytat? „Trudne czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie sprawiają, że czasy stają się łatwe, a łatwe czasy powodują, że stajemy się słabi”.
Większość z nas żyje w czasach bezprecedensowego komfortu.
- Nie chodzimy po wodę do studni.
- Nie musimy polować.
- Jest nam zimno? Nastawiamy ogrzewanie.
- Gorąco? Odpalamy klimę.
Na dobrą sprawę nie trzeba nawet wychodzić z domu, żeby ogarniać jedzenie, kilka kliknięć w aplikacji i gotowe. Założę się, że kiedyś miałeś w głowie sporo numerów telefonów, dziś pewnie tego już nie potrzebujesz. Nawet kodu BLIK nie trzeba zapamiętywać, jeśli płacisz blikiem za to jedzenie.
Żyjemy w absolutnie wygodnych czasach i nie chcę narzekać, ale nasz mózg, który ewoluował przez tysiące lat w warunkach permanentnego stresu i wyzwań, w tym komforcie po prostu… mięknie. Jesteśmy stworzeni do tego, żeby potrzebować wyzwań. Nie chodzi o to, żeby mieszkać w szałasie, chodzi o to, żeby od czasu do czasu celowo zaznać trochę dyskomfortu.
I właśnie tutaj zawody typu Hyrox czy maraton świetnie się sprawdzają.
Czym jest misogi?
To tradycyjny japoński rytuał oczyszczenia, polegający na obmyciu ciała w celu usunięcia zanieczyszczeń duchowych, psychicznych lub fizycznych. Współcześnie adoptujemy go jako jedno, potężne wyzwanie w roku, psychiczne lub fizyczne, które ma sprawdzić granice naszego potencjału.
Zasady są proste:
- Masz mieć ok. 50% szans na wykonanie tego zadania.
- Ma Cię to nie zabić (oczywiście nie traktuj tego dosłownie… ma to nie być po prostu destrukcyjne).
Co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Nie chodzi o to, żeby cierpieć dla samego cierpienia, bo to byłoby głupie. Chodzi o to, żeby świadomie wybrać coś, co jest wymagające, co może Ci nie wyjść, co wymaga przygotowania i poświęcenia.
Wiadomo, że fajnie się o tym mówi tak samo, jak fajnie się fantazjuje o tym, żeby całą robotę czasem rzucić w diabły i wyjechać w Bieszczady. Dobrze wiemy, że tego nie zrobisz, ale już taki bieg ultra w Bieszczadach (choć osobiście nie miałem jeszcze przyjemności ukończyć Rzeźnika) brzmi dobrze i pasowałby tutaj do narracji.
Możliwe, że całkiem słusznie przychodzi Ci teraz do głowy postać Davida Gogginsa, gościa, który swoją postawą i osiągnięciami onieśmiela ludzi uwielbiających czytać o takich niesamowitych historiach. Ty nie musisz być biednym otyłym czarnoskórym gościem pragnącym nagle z czapy zostać ultra komandosem, wymiataczem w formacji Navy Seals skaczącym z helikoptera w ogień albo przepływającym wpław przez morze.
Nie chodzi o to, żeby szukać sobie nagle ultra trudnych wyzwań, jak wchodzenie na Everest, czy pokonywanie morza wpław, ale czegoś, co będzie trudne dla Ciebie.
Jakie są skutki uboczne?
Pracując se swoimi podopiecznymi, którym udaje mi się wymyślić jakieś motywujące zadanie, bardzo często obserwuje kilka wspólnych elementów:
1. Poczucie sprawczości
Kiedy ktoś przez kilka miesięcy przygotowuje się do Hyroxa i w końcu przekracza tę linię mety, dzieje się coś w głowie. To nie jest euforia „jestem niezniszczalny” z filmów. To jest spokojniejsze, bardziej fundamentalne przekonanie: skoro to dałem radę, to inne rzeczy też dam radę.
Potem te same osoby inaczej podchodzą do projektów, które ich przerażają, czy do decyzji odkładanych od miesięcy. Nie dlatego, że Hyrox nauczył ich czegoś o biznesie i teraz zaczną pisać te sztuczne teksty w stylu motywacyjnego bełkotu na LinkedInie. Dlatego, że udowodnili sobie, że potrafią skończyć coś trudnego. Dla mnie jako osoby związanej ze sportem przez większość życia obserwowanie tego u zwykłych ludzi jest niesamowite.
2. Zmiana priorytetów i tożsamości
Kiedy masz w kalendarzu zapisany wyścig za 3 miesiące, zaczyna się bardzo naturalna selekcja tego, co robisz ze swoim czasem. Okazuje się, że jednak da się wcześniej skończyć pracę, żeby zrobić trening. Że to piwo na mieście jakimś cudem przestaje być konieczne. Że sen to jednak nie luksus, bo następny trening będzie wymagający i przeora Cię okrutnie.
Nikt Ci tego nie musi tłumaczyć. Cel robi robotę sam. Po jakimś czasie nie potrzebujesz już motywacji, która prędzej czy później by się skończyła. Masz ten cholerny wyścig, na który się zapisałeś, o którym wiedzą znajomi i po prostu może nie wypada tego nie dokończyć.
3. Tolerancja na dyskomfort i stres
To, co się dzieje podczas przygotowań i samego wyścigu, to trening dla układu nerwowego. Uczysz się być w sytuacji, kiedy jest ciężko, boli i wiesz, że musisz po prostu iść dalej. Osoby, które przeszły przez kilka takich wyzwań, inaczej reagują na stres w pracy. Mają wewnętrzny punkt odniesienia: skoro przeżyłem stres na starcie IronMana i walkę w głowie, żeby tego nie odpuścić i nie zejść z trasy, to i to jakoś ogarnę.
Z tego miejsca serdecznie polecam Ci zbliżyć się do Twoich granic i przetestować swoje możliwości np. na dystansie 2000 m na ergometrze wioślarskim. Możesz się o sobie sporo dowiedzieć w tych kilku minutach. Nie potrzebujesz do tego zapisywania się na zawody i półrocznych przygotowań.
4. Najbliższe otoczenie
Mówi się, że jesteśmy średną pięciu osób, z którymi spędzamy czas. Jak zaczynasz biegać, trenować do Hyroxa, wyjeżdżać na obozy, to naturalnie wpadasz w orbitę ludzi, którym na tym zależy. I nie musisz nic robić, żeby to zaplanować. To po prostu się dzieje.
Ci ludzie mają inne niż przeciętni znajomi priorytety, inne tematy do rozmów, inne podejście do zdrowia i energii. Nagle okazuje się, że można robić interesy inaczej niż przy litrach wlanej w siebie wódy na mieście. Przy okazji wypadu na rowery albo na obozie biegowym możesz poznać takich samych świrów jak Ty, którzy nie będą się bali zaryzykować i zrobią z Tobą fajny biznes, bo po prostu poznają Cię lepiej i zobaczą, jak reagujesz w stresujących sytuacjach.
5. Rekompozycja sylwetki
Praktycznie każdy, kto przez lata zgłaszał się do mnie jako do trenera, gdzieś tam po cichu marzył przede wszystkim o efektach wizualnych. I to jest absolutnie okej. Natomiast to, co odkryłem po latach pracy z podopiecznymi, to że ci, którzy skupiają się wyłącznie na wadze i wyglądzie, mają znacznie większy problem z utrzymaniem efektów.
Faktycznie jest sporo sensu w tym haśle, które mówi: „nie biegaj, żeby schudnąć, tylko schudnij, żeby biegać”. Jakimś cudem moim podopiecznym łatwiej było dowozić wyniki w momencie, kiedy udało mi się namówić ich na coś z pozoru szalonego. Trening miał więcej sensu, dieta zaczynała działać, sen nagle okazywał się ważny, bo to wszystko służyło czemuś konkretnemu. Efekty wizualne przychodziły przy okazji.
6. Radość z progresu
Część moich podopiecznych na starcie dosłownie nienawidziła biegania. Zapisywałem ich na eventy, bo widziałem, że to da im zewnętrzny cel i strukturę. Szli na to z nastawieniem „dobra, jakoś to przeżyję”. A potem, po jakimś czasie przygotowań, zaczynał się ciekawy proces.
Nawet jak ktoś deklaruje szczerą nienawiść do biegania, siłą rzeczy po jakimś czasie zacznie zauważać postępy: dłuższy dystans w tym samym czasie, niższe tętno, szybsze tempo, mniej zadyszki na schodach. Ten wyrzut endorfin po dobrym treningu, ta dopamina po zaliczeniu kolejnego tygodniowego celu, to zaczyna działać silniej niż obowiązek. Tożsamość zmienia się z „ktoś, kto musi ćwiczyć” na „ktoś, kto trenuje”. A to jest przepaść.
U mnie działa. A u Ciebie?
Zdaję sobie sprawę, że nie przekonam tym podejściem każdego.
Nie każdy potrzebuje ekstremalnych wyzwań i są osoby, którym takim uszczęśliwianiem na siłę można wręcz zaszkodzić. Natomiast jeśli z jakiegoś powodu cały czas czekasz na jakieś poczucie zwycięstwa albo po prostu trochę więcej radości z całego procesu, polecam Ci poszukać swojego misogi.